piątek, 19 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii- cz.3.- nie tylko rower.

Budzi nas poranny chłód. Jest wilgotno i pochmurno. Nadal wieje. Śniadanie jemy na klifie, próbując w żółtym pasie nad morzem dopatrzeć się słońca. Nie jest to wymarzony wschód nad morzem (a marzyłam, by obejrzeć, jak wschodzi słońce nad środkiem widnokręgu)

Delektujemy się śliwkami i jabłkami, podziwiamy rosochatą śliwę, w której powyginanych gałęziach mieszkanie ma szara mysz. Potem składamy mokry namiot i resztę równie mokrego biwaku. Przy okazji okazuje się, że mimo użycia OFFa mamy całe nogi pożarte przez komary. Zwłaszcza nogi GUi wyglądają tragicznie całe w wielkich bąblach. Wygrzebujemy się z krzaków i znów jesteśmy na trasie.
Pierwszy przystanek planujemy w Altenkirchen. Chcemy obejrzeć tę najstarszą, obok kościoła w Bergen, świątynię z Kamieniem Świętowida. Niestety dopada nas przekleństwo skowronków- kościół otwierany jest o 9.00, a my stoimy u jego podnóża kilka minut po ósmej. Nie możemy też dokładnie przyjrzeć się murom, gdyż zastawione są rusztowaniami- naprawiany jest dach. Obchodzimy kościół dookoła, podziwiamy romańską bryłę i ruszamy dalej.
Naszym celem jest Park Narodowy Jasmund, na terenie którego usytuowane są dwie latarnie morskie, a dokładnie pozostałości latarni w Ranzow (tej przeniesionej na Arkonę) i latarnia Kollicker. Jedziemy ścieżką rowerową do Glowe. Jej wygląd  i usytuowanie na wąskim pasie lądu sprawiają, że przypominamy sobie podobną drogę na Helu. Na trasie mijamy parę rowerzystek podobnych do nas, ale spakowanych dodatkowo na przyczepkę (potem spotkamy je jeszcze raz- na polu namiotowym)
Z Glowe mamy piękny widok na Arkonę, możemy jeszcze raz spojrzeć na to niezwykłe miejsce. Jeszcze przed południem meldujemy się w Parku Narodowym Jasmund. Szybko się jednak okazuje, że jest on niedostępny dla rowerzystów ze względu na strome podejścia i zejścia oraz system schodków. Przechodzimy na najbliższy punkt widokowy, by obejrzeć kredowe klify. Nie decydujemy się jednak na szukanie latarni.
Potem park narodowy podziwiamy już z perspektywy drogi, która wije się malowniczo wznosząc się i opadając. Podjazdy jednak męczą Gui. Na szczęście przed Sassnitz czeka nas cudowny długi zjazd i oto widzimy malownicze miasteczko położone na klifie. Dostanie się portu nie jest jednak wcale łatwe ze względu na schody i schodki.
Dopiero w porcie znajdujemy fantastyczny pieszy most do miasta.
Miasteczko wygląda urokliwie z wczasowymi willami, kafejkami i sklepikami. W porcie zajadamy się kolejną fiszbułą. Oglądamy latarnie na główkach portu i ubota. Nareszcie jest ciepło a wiatr nam nie przeszkadza. W Sassnitz nie zabawimy długo, bo nocleg planujemy w tajemniczej Prorze.
Prora to niesamowite miejsce. Wita nas ruinami ogromnego gmachu. Jednego z wielu. Prora w zamyśle miała być nazistowskim kurortem na 20 tys. miejsc.
Nigdy jednak nie został ukończony a i po wojnie nie było pomysłu na zagospodarowanie. Obecnie słynie jako największy pustostan Europy. Tę sławę udaje się sensownie wykorzystać. Niektóre budynki zostały odremontowane, w innych trwają prace budowlane z zamysłem stworzenia luksusowych apartamentów. Znajdują się tu trzy pola namiotowe, w tym jedno młodzieżowe ze schroniskiem młodzieżowym. To tu wieczorem wreszcie zanocujemy, ale o tym później. Na turystę w Prorze czeka wiele atrakcji, największą jest z pewnością Centrum Dziedzictwa Rugii. To tu można odbyć spacer w koronach drzew. Kompleks składa się z dwukilometrowej kładki wśród drzew. Turysta wspina na się na wysokość 40 m ponad poziom ziemi. Po drodze podziwia korony drzew, poznaje cykl rozwojowy roślin, owadów i ptaków.
Podesty dostosowane są dla niepełnosprawnych i mam z wózkami. Wrażenia ze spaceru są niesamowite, a możliwość podziwiania Rugii ze szczytu wieży w kształcie orlego gniazda warta jest wspinania się. Pełne wrażeń zwiedzamy jeszcze interaktywne  sale wystawowe. Potem czas poszukać noclegu. Dwa pola namiotowe odpadają. Jedno ze względu na fakt, że jest dostępne tylko dla członków czegoś tam (chyba rodzin wojskowych), drugie jest przepełnione. Wracamy więc na młodzieżowe pole namiotowe i tu po negocjacjach w językach wszelakich z przewagą migowego otrzymujemy promocję rodzinną. Dzięki temu za 20 euro mamy miejsce na polu namiotowym z dostępem do prysznica i toalet oraz... śniadanie w postaci szwedzkiego stołu!  Pierwszy raz spotkałam się z taka usługą.Pod wieczór znów zaczyna padać i zamiast malowniczego zachodu słońca mamy... tęczę oglądaną z namiotu. Wykapane zasypiamy jak dzieci.
CDN...

4 komentarze:

Maria z Pogórza Przemyskiego pisze...

Jak dla mnie, to najbardziej niemiły akcent w podróży - nocleg w namiocie i siąpiący deszcz, a potem składanie tego mokrawstwa:-) ależ osobliwe ciekawostki, nie daję głowy za siebie, cze weszłabym na tę kładkę, mam trochę lęk wysokości i długo muszę się oswajać:-) pozdrawiam.

Anna Kruczkowska pisze...

W czasie spaceru rozmawiałyśmy o lęku przestrzeni. Gui uważała, ze nie powinno być problemu, bo kładka jest szeroka, zabezpieczona w wznosi się powoli. Zmieniła zdanie na szczycie wieży. Po przejściu jej dookoła stwierdziła, że czas wracać, bo czuje się niepewnie. Wydaje mi się, że osoby z lękiem przestrzeni miałyby spore problemy, zwłaszcza na drugiej z wież i cieszę się, że kilka lat temu całkowicie się tegoż lęku pozbyłam!
Mokry namiot to koszmar :(

Krzysztof Gdula pisze...

Kolejne piękne miejsca.
Kiedyś widziałem zdjęcia niekończących się budynków, które miały być miejscem wypoczynku nazistów. Gigantomania dyktatora.
Wrażenie czyni spiralna ścieżka pod górę. Oj, poznałbym ją własnymi nogami!
Nie miałem okazji poznać uroku pakowania mokrego namiotu, ale dobrze poznałem zawilgocenie całego ubrania po dniu pracy na deszczu, mimo odpowiedniego płaszcza. Na deszcze chyba nie ma dobrego zabezpieczenia.

Anna Kruczkowska pisze...

Tak, Prora jest świadectwem gigantomanii. Sam zamysł, że tylu ludzi zwiezie się w jedno miejsce wydaje się koszmarny! A mieli być "zwożeni" zarówno koleją- prowadzi tamtędy regularna linia kolejowa, jak i promami pasażerskimi (do przystani nie dotarłam). Dyktator chciał im zapewnić także różnorodną rozrywkę- kino, boiska sportowe, salę taneczną, salę widowiskową, no i piękne plaże.

Myślę, że spacer wśród koron drzew spodobałby Ci się, tylko, że ruch tam czasami taki jak w lunaparku :)
Wilgoć potrafi nadszarpnąć humor nawet największego optymisty.