sobota, 20 sierpnia 2016

Blondynki na Rugii - cz.4 i ostatnia

Śniadanie zaplanowane na 7.30, mamy więc mnóstwo czasu na spakowanie dobytku. Namiot zostawiamy rozłożony, by omiotły go pierwsze promienie wschodzącego słońca i jeszcze trochę podsuszyły. (tak zafiksowałam się na tym, że nie muszę robić kawy, że nie obudziłam się na wschód słońca :( a do plaży miałam tak blisko...)

Śniadanie ma młodzieżowym polu namiotowym całkowicie nas satysfakcjonuje. Szwedzki stół pozwala każdemu znaleźć coś dla siebie. Ja mam zupę mleczna z musli i kanapki z serem, kiełbasa i warzywami, Gui do kanapek dokłada bułkę z nutellą. Popijając kawę robimy jeszcze bułki na drogę- obserwując innych turystów stwierdzamy, że to przyjęty tu zwyczaj- takich jak my jest więcej (m.in. dwie rowerzystki, które spotkałyśmy poprzedniego dnia). Przed dziewiątą ruszamy z Prory. Przed nami ostatni dzień na Rugii. W planach mamy przerwę w Bergen (no przecież trzeba odwiedzić stolicę), ostatnią latarnię morska i przeprawę promowa, a potem jechać jak długo się da, by nocować jak najbliżej granicy.
Do Bergen dojeżdżamy bez przygód. Nareszcie jest dosyć ciepło i bez dokuczliwego wiatru. Miasteczko jest nieduże, ale urokliwe. Kierujemy się w stronę kościoła mariackiego, który jest kolejnym świadkiem słowiańskiej historii tych ziem. Podziwiany średniowieczne malowidła ścienne, barokowy ołtarz i ambonę. Wreszcie na zewnątrz tajemnicza rzeźbę. Zastanawiam się, czy oto patrzę w twarz Jaromarowi, który pochował słowiańskiego Świętowida, czy może w oczy samego bóstwa...
Tradycyjnie swoje kroki kierujemy do punktu IT. Dawno nie widziałyśmy tak bogatego i dobrze zorganizowanego punktu. Foldery, mapy i ulotki podzielone są na działy tematyczne, dzięki czemu turysta bez problemu znajdzie to, czego szuka i zaplanuje pobyt na Rugii według swoich upodobań. Wybrałyśmy interesujące nas foldery i mapę miasta. Polskie miasteczka powinny się od Bergen uczyć, jak promować region.
Z pakietem druków reklamowych siadamy w piekarni- to kolejna rzecz, którą lubię w Niemczech- piekarnie czynne od wczesnego rana i serwujące nie tylko świeże pieczywo, ale także kawę, herbatę i ciasto, a nawet smakowicie wyglądające kanapki.
Pod ratuszem przez chwilę korzystamy z darmowego internetu,  by nawiązać kontakt ze światem i dać znać, że żyjemy i mamy się dobrze.
Kolejnymi radwegami dojeżdżamy do Garz, a potem pozostaje nam znaleźć latarnię morską Maltzien. Dojeżdżamy do niej bez najmniejszego problemu, śmiejąc się przy tym, jak mogłyśmy jej nie znaleźć dwa lata temu (ale wtedy nie miałyśmy tak dokładnej mapy Rugii). Kilka pamiątkowych fotek, próba znalezienia ścieżki do samej latarni (brak takowej, dostęp chyba tylko od wody) i wracamy na główną drogę do przeprawy promowej.
Tu, czekając na prom zjadamy ostatnie na tej wyprawie fiszbuły i kupujemy... musztardę, która wyrabiana jest w manufakturze w Bergen z rosnącej na wyspie gorczycy. Nadpływa prom... jeszcze tylko rzut oka na oddalający się brzeg wyspy i jesteśmy na stałym lądzie. Zgodnie z mapą jedziemy radwegiem wzdłuż brzegu (oznakowanie jest jednak o wiele słabsze niż na Rugii), potem znienawidzony przez nas bruk do Greisfwaldu, most w Wolgaście i... szukamy noclegu. Greisfwald i Wolgast zwiedzałyśmy dwa lata temu, więc tym razem nie poświęcamy im czasu, jedynie wspominając swoje poprzednie przygody.
Tym razem nocujemy w ... polu kukurydzy, a dokładnie niewielkim lasku na jego środku. W nogach mamy 100 km.

Kolejny dzień to 120 km do domu z przerwą na zakupy, kawę i zwiedzanie parku miniatur, ale to już zupełnie inna historia...
Podsumowanie:  na Rugii zrobiłyśmy prawie 250 km (razem z powrotem do Polski wyszło 425 km i 30 godzin w siodełku). Obejrzałyśmy dwa parki narodowe, siedem latarni morskich. Weszłyśmy niezliczona ilością schodów, zjadłyśmy po 4 fiszbuły. 3 razy nocowałyśmy w krzaczorach, raz na polu namiotowym. Skorzystałyśmy z 4 przepraw promowych, Spędziłyśmy razem niezapomniane godziny...

2 komentarze:

Krzysztof Gdula pisze...

Jak dla mnie, przeżyłyście kilka bardzo ciekawych dni. Urlop prawdziwie dla aktywnych – sto tysięcy kilometrów odległy od tych, którzy w Ustroniu wylegują się na plaży. Zazdroszczę i gratuluję.
Zwyczaj podawania kanapek i kawy do ciepłego pieczywa w piekarni bardzo mi się podoba. Przypomniała mi się kolejka ludzi przed piekarnią widziana rankiem, 25 grudnia, we Francji. Święto świętem, ale świeża bagietka musi być :)

Anna Kruczkowska pisze...

Masz rację, to był kolejny bardzo udany wypad rowerowy. Cały rok czekamy na te kilka wspólnych dni! To nasze małe święto!