poniedziałek, 1 maja 2017

Zaczynamy sezon maratonów szosowych!- Supermaraton Gryfland w Nowogardzie

Zgodnie z planami tegoroczny sezon maratonowy zaczęłyśmy w Nowogardzie. Odpuściłyśmy otwarcie sezonu w Obornikach, gdyż uznałyśmy, że zimno i daleko, ale w Nowogardzie nie mogło nas zabraknąć! Stęskniłyśmy się za znajomymi i atmosferą kolarskiego święta. Każda z nas pojechała jednak z różnymi aspiracjami i planami. Chuda zdecydowana była od początku na 220 km, ja wręcz przeciwnie. Choć zapisałam się optymistycznie jeszcze w marcu na dystans giga, to czym bliżej było do startu, tym bardziej wiedziałam, że moje przygotowanie kondycyjne i, co równie ważne psychiczne, uniemożliwia mi realizację ambitnego planu. Postawiłam więc na przejazd treningowy i spotkanie towarzyskie. 
Czy nam się udało, o tym za chwilę.
W piątkowe popołudnie zameldowałyśmy się w Nowogardzie. Nim jednak znalazłyśmy się w biurze maratonu, zostawiłam swoje bagaże u przyjaciółki, gdzie postanowiłam nocować i nadrabiać braki w nocnych przyjacielskich pogaduszkach. 
Biuro maratonu mieściło się nieopodal malowniczego Jeziora Nowogardzkiego. Odebrałyśmy pakiety startowe, w których znalazły się drobne upominki w postaci smaru do łańcucha lub rękawiczek rowerowych, butelki wody i kilku pastylek Dextro. Przywitałyśmy znajomych, którzy kolejno pojawiali się w mieście. Co chwilę rozlegały się radosne okrzyki i powitania. W ciągu kilku chwil chciało się streścić ostatnie miesiące. 
Z niecierpliwością oczekiwałyśmy na odprawę techniczną, niestety zostało na niej tak niewielu zawodników, że zamieniła się ona w luźną rozmowę o trasie. A szkoda, bo wiedza o jakości przejazdów kolejowych mogła się komuś przydać. 
Chuda wróciła do Trzebiatowa, aby poczekać na dojeżdżającego do niej jej Krzysia, ja udałam się do przyjaciółki, właścicielki magicznego ogrodu. Nie gadałyśmy zbyt długo, bo rozsądek nakazywał się wyspać, pogaduchy zaplanowałyśmy na sobotni wieczór. 
Sobota przywitała mnie całkiem znośną pogodą, ale z prognoz wiedziałam, że będzie coraz gorzej i gorzej. Deszcz zaczął padać, nim stanęłyśmy na linii startu. Było zimno i nerwowo, bo chwilowe nieporozumienia i kilkuminutowe opóźnienie skutecznie podniosło poziom adrenaliny u niektórych zawodników. Na szczęście opóźnienie miało w końcu zaledwie trzy minuty i nie zdążyłam zmarznąć. Jeszcze...
Ruszyłam w pierwszej grupie startowej. Nim wyjechaliśmy z miasta, byłam jak zwykle sama. Deszcz padał... Na początek przemokła kurtka, potem rękawiczki i spodnie. Najdłużej broniły się mocno wypastowane i zaimpregnowane buty. Ale i one poległy- woda wdarła się od góry, przeciekając przez skarpetki. Po godzinie jazdy byłam zmarznięta i przemoczona. W tym czasie mijały mnie kolejne grupy kolarzy. Wreszcie dojechał Romek i przez chwilę utrzymywałam się na jego kole, jadąc znacznie szybciej niż wcześniej i próbując się rozgrzać. Przed Golczewem znów byłam sama. Na szczęście przestało padać i przez krótką chwilę poczułam nawet wiosenną woń kwitnących klonów. Potem dogonił mnie Krzyś z radosnym okrzykiem, że jest szczęśliwy, iż mnie widzi. Od razu rozwiałam jego nadzieje, że pojedziemy razem cały dystans. Z resztą szybko przekonał się, że nie jestem dziś dobrym partnerem do jazdy, bo nim się obejrzał, mnie już za nim nie było... Kolejni wyprzedzający mnie koledzy informowali, że niedaleko jest Chuda. Należało się więc spodziewać, że i ona niedługo mnie dogoni. Trochę to jednak trwało. W tym czasie zdażyłam przeschnąć i nabrać otuchy, na moment wyjrzało słońce i powietrze lekko się ogrzało. Niestety na krótko. Przed Gryficami poczułam podejrzane zimno. Zmianę temperatury potwierdziła też Chuda, która właśnie do mnie dołączyła. Po chwili lunął deszcz... Kilka kilometrów jechałyśmy w nim wspólnie, potem Chuda odjechała. Na szczęście do mety było coraz bliżej... Do Nowogardu dojechałam zmarznięta na sopel lodu. Nie ruszałam całkiem zgrabiałymi palcami u rąk i nóg. Poinformowałam pomiarowców o skróceniu dystansu, Chłopcy wyrazili podziw dla Chudej, która chwilę wcześniej wjechała na drugie okrążenie Potem odebrałam medal i ruszyłam do przyjaciółki, która już czekała na mnie z pysznym obiadem.
Gorący prysznic, a potem równie gorący rosół przywrócił mnie do życia. Wspólnie z przyjaciółą i jeszcze jedną koleżanką ze studenckich czasów usiadłyśmy do kawy i rozmów, które trwały kilka godzin. Co jakiś czas zaglądałam w okno, za którym widać było coraz więcej błękitu, a nawet słonecznych promieni. Po osiemnastej poszłyśmy na linię mety, aby poczekać na Chudą. W biurze zawodów dopytałam o upadek na torach kolejowych w Zaleszczycach- miejsce było bardzo niebezpieczne i niestety nieoznakowane i jeden z kolarzy wywrócił się na dziurach. Ktoś z objawami hipotermii wylądował w szpitalu, komuś zerwały się przerzutki. Wielu kolarzy podjęło podobną decyzję do mojej i skończyło maraton na jednym okrążeniu. Stojąc już na linii mety i wypatrując Chudej, ucięłyśmy sobie pogawędkę z przesympatyczną sędziną, która tego dnia musiała wysłuchać wielu gorzkich słów, bo i niedociągnięć organizacyjnych niestety było sporo. 
Wreszcie w uliczce pojawił się najpierw samochód Krzysia, który, jak się okazało wyjachał Chudej naprzeciw i teraz zdawał relację z finiszu ostatnich zawodników- pomógł Iwonie, która na ostatnich kilometrach złapała gumę, nakarmił swojego imiennika drożdżówką ( punkt żywieniowy "się zwinął" przed czasem), Chudej zaserwował gorącą herbatę i równie gorący doping. 
Wreszcie w uliczce pojawiła się i nasza bohaterka. Zgotowaliśmy jej ciepłe przyjęcie, a moja przyjaciółka zaproponowała gościnę z dobrym rosołem, na co oboje młodzi z radością przystali.
Po kolacji młodzież pojechała do Trzebiatowa, a my przy lampce wina gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy... do świtu.
Niedzielna ceremonia zakończenia maratonu rozpoczęła się z poślizgiem przed piętnastą i trwała ...4 godziny! Cechował ją chaos w wynikach i dekoracjach, trochę pomyłek i... mnóstwo nagród. Nie wygraliśmy samochodu ani jednego z trzech rowerów, ale każde z nas wyszło z reklamówka drobiazgów, za to zwycięzcy w swoich kategoriach , czyli Chuda i Krzyś wzbogacili się o gustowne trofea i parę opon szosowych. 
Podsumowaując: organizatorzy postarali sie o licznych sponsorów i ciekawe nagrody. Przygotowali malowniczą trasę o całkiem dobrej nawierzchni (pomijając przejazdy kolejowe i klka kilometrów dziur, które z Chudą doskonale znamy) Na pogodę, ktra była fatalna nikt nie ma wpływu, ale organizację koniecznie trzeba poprawić- braki w oznakowaniu, słabe zaopatrzenie bufetów - brak ciepłych napojów w tym zimnie i bananów, które nie dojechały, chaos i dłuzyzny w czasie zakończenia położa się cieniem na tych zawodach. 
Dla mnie ważniejsze od samego startu było spotkanie koleżenskie, które długo będziemy wspominać. 
P.S. Dobrzy przyjaciele to prawdziwy skarb!

8 komentarzy:

MAREK ZADWORNY pisze...

Aniu bardzo fajnie czyta się Twoje relacje z maratonów, ale z tytułu tego że również brałem udział w organizacji, muszę się odnieść do tego za co byłem osobiście odpowiedzialny.Znaczenie trasy- Całość trasy dystansu 111km i Rodzinnego znakowałem ja zaczynając i kończąc na wiadukcie obwodnicy Nowogardu. W mieście nie znaczyłem dlatego że nie wiedziałem dokładnie gdzie co i jak - zapewniano mnie o oznaczeniu trasy przez osoby z Nowogardu. Trasę oznaczałem tak jak powinno się znaczyć na naszych maratonach. Strzałki na drodze nie były małe i malowane jaskrawą farbą , dodatkowo znaczyłem również opaskami na znakach. I teraz przejazdy kolejowe - najgorszy przejazd był w Golczewie i tam były malowane ostrzegawcze wykrzykniki. Natomiast pozostałe były w bardzo dobrym stanie / 2 przejazdy w Gryficach / Wspomniałaś Aniu i przejeździe w Zaleszczycach - właśnie tam i za Dobrzyniem są przejazdy kolejki wąskotorowej na których od piątku stoją znaki STOP. Tam zgodnie z przepisami należy się zatrzymać a nie jechać na "pełnym gazie" Wszystkie przejazdy są oznaczone więc w takiej pogodzie trzeba zwrócić szczególną uwagę na bezpieczeństwo. Zawsze będzie tak że jak się coś stanie to wtedy szuka się winnego wokoło a nie u siebie. Co do pozostałych spraw Aniu to nie zabieram głosu bo wiem że nie wszystko było jak trzeba ale ja już nie miałem na to wpływu.Do zobaczenia na następnym maratonie.

Anonimowy pisze...


W taką pogodę każdy dystans to wyczyn. gratulacje.

Anna Kruczkowska pisze...

Marku, ja się z Tobą całkowicie zgadzam! Najgorzej oznakowany był Nowogard, a zawodnicy mogli być na odprawie, to wiedzieliby, że w Zaleszczycach jest koszmarny przejazd kolejowy! Nie mniej te trzy wykrzykniki mogłyby dać komuś do myślenia!
Anonimie, tak. Dojechanie do mety było wyczynem!

Aga pisze...

Dla sportowców polecam na wzmocnienie wodę z filtra redox - podnosi odporność i kondycje organizmu.

Aleksandra pisze...

Twoje wyczyny to dla mnie kosmos. Jednak podoba mi się, że są takie imprezy organizowane. Tyle jest fajnych zapaleńców rowerowych i to się chwali. A Tobie osobne wielkie gratulacje.

Agata Korczyńska pisze...

Miałam podobne odczucia w wielu kwestiach, o których Pani napisała,zaczynając od pogody a kończąc na wręczaniu nagród. Podziwiam Czesię,że dojechała do mety, bo jechanie w takim deszczu i zimnie wymaga potężnej motywacji i samozaparcia. Gratuluję i do zobaczenia na następnych maratonach:)

Krzysztof Gdula pisze...

W takim zimie jechałaś, Matko Boska! Zaczekaj na 20 stopni ciepła, bardzo Cię proszę, Aniu.
W kilku słowach i chwilach chciałoby się zmieścić dzielące nas miesiące i lata – tak, dokładnie tak!
Chuda zasługuje na drugi przydomek: Twardzielka.

Anna Kruczkowska pisze...

Aleksandro, najważniejsze jest właśnie to, że ludzie się spotykaja i dziela pasją! Za gratulacje dziękuję ;)
Agato, Czesia była niesamowita w tym swoim samozaparciu! Tobie też należą się gratulacje! Do zobaczenia!
Krzysiu, będzie coraz cieplej ;) Wiesz, jak to jest, gdy masie niewiele czasu a mnóstwo do powiedzenia! A CHuda to prawdziwa Twardzielka!