środa, 5 lipca 2017

Bałtyk- Izery podejście trzecie

Droga hipnotyzuje... Gdy jedziesz n-tą godzinę, jest już tylko droga, rower i mijane pejzaże. 24 godziny, które porządkują myśli, odczucia, ustalają priorytety.

Poniedziałek, godz. 0.30. Budzę się, o dziwo czuję się wyspana, choć zasnęlam zupełnie niedawno. To adrenalina i bliskość przygody. Przygody, na którą czekałam dwa lata (rok temu moje plany zniweczyła pogoda). W pokoju stoi gotowy do podróży rower, wystarczy tylko ubrać się, zjeść i można ruszyć w mrok. Jakoż godzinę później wychodzę z domu. Przede mną 450 km i jakieś 24 godziny jazdy. Planowana trasa niewiele różni się od tej wytyczonej poprzednio. Pogoda zapowiada się odpowiednia- niezbyt ciepło, bez deszczu. Trochę niepokoi mnie siła i kierunek wiatru, ale prognozy zapowiadają na następne dni jedynie pogorszenie. Mimo wczesnej pory jest całkiem przyjemnie, tylko wieje zachodni wiatr, a ja jadę do Gryfic i dalej przez Kołomąć do Nowogardu, więc dmucha w twarz. Noc jest pogodna i już po drugiej na wschodniej części nieba pojawia się niesmiala łuna. Początkowo wydaje mi się, że to poświata ksieżycowa, ale jasność wolniutko rośnie, więc mam do czynienia z jutrzenką. Oczy powoli przyzwyczajają się do ciemności. Gdy droga prowadzi wśród pól, rozpoznaję kształty, kontury, w lesie panuje sinoszara rozmyta ciemność, spowita dodatkowo lekkim mgielnym woalem. Czasem rozbłyskują w nim dwa lub cztery jasne punkty. „Ksz, ksz....”- wolam głośno- punkty znikają z halasem uciekających w głąb lasu zwierząt. Co wystraszyłam? Sarnę? Lisa? Zająca? Kota? Przez te pierwsze godziny jedzie mi się mozolnie. Nie przepadam za ciemnością i wiatrem. Na szczęście jest coraz jasniej, tylko za Nowogardem zaczyna kropić deszcz. Na szczęście tylko przez chwilę, ale chwila dekoncentracji wystarczy, bym zjechała na pobocze i musiała się na moment zatrzymać. Gęste chmury zasłaniają wstające słońce, tylko nielicznym promieniom udaje się przez nie przebić.
W planowanym czasie mijam Stargard. Nie zatrzymuję się, bo nie oczuwam zmęczenia po 100 km, postój robię godzinę później, wśród pól – minął poranny chłód, po deszczu i chmurach też nie pozostał ślad. Można zdjąć kurtkę, coś zjeść i ruszyć dalej. Pozostawiam w tyle znane mi miejscowości- Pełczyce, Dolice, Barlinek... Po wielokroć przejeżdżałam przez nie w czasie minionych maratonów i wypraw, rozpoznaję miejsca, gdzie ustawione były punkty zywieniowe, gdzie jechałam w tym lub innym towarzystwie. Barlineckie lasy jak zwykle pachną i kuszą, choć to nie czas na grzybobranie. Kolejną przerwę robię w Kłodawie- jest dokładnie 10.00- o tej porze obiecałam dać znać, że jadę i mam się dobrze. Na poboczu drogi rozkladam koc, odpoczywam, rozmawiam ze Ślubnym, obserwuję pszczoły zbierające nektar na farbownikach porastających brzeg drogi. Jestem w doskonałym nastroju- odkąd skręciłam na poludnie, wiatr wieje z boku i już tak nie utrudnia jazdy, czasem, w lesie nie odczuwa się go wcale.
Dojeżdżam do Gorzowa, trafiam na akcję zdejmowania kopuły z wieży katedry po sobotnim pożarze. Smutny widok. Miasto jest zakorkowane, trzeba zsiaść z roweru, ominąć zablokowane centrum i przedostać się na most. Najkrótszą drogę wskazuje mi spotkany tu rowerzysta. Przejazd przez miasto zajmuje jednak nieco więcej czasu niż planowałam.
Po 200 km zatrzymuję się na drugie śniadanie- kawa i hot dog na stacji Orlen w Deszcznie. Od Gorzowa jadę starą trójką, ruch tu niewielki, asfalt dobrej jakości, można wyłożyć się na lemondkach i po prostu jechać... Więc jadę... wioski, miasteczka, łaki, pola, las... puste parkingi, zamkniete na głucho przydrożne knajpki. Po wybudowaniu S3 tu życie zamarło. Wyprowadziły się nawet „jagodzianki” . Na poboczu spotkać można nielicznych sprzedających kurki.
Docieram do Międzyrzecza i... znów jest rozkopane! Objazd na Zieloną Górę kieruje mnie wprost na S3... No niestety, tędy to ja nie pojadę. Zauważam niewielki znak: objazd do Nietoperka dla... traktorów. No cóż... to jest objazd dla mnie :( Przez moment zastanawiam się, czy droga techniczna wzdłuż autostrady nie poprowadziłaby mnie do mojego zjazdu, ale niestety nie. Muszę wybrać „objazd dla traktorów”. Gdy widzę krzywy bruk pod górkę, załamuję się. Spogładam na mapę, czy nie da się jechać inaczej, szacuję, ile kilometrów musiałabym nadrobić. Z pomocą przychodzi mi wyjeżdżająca z owej brukowanej uliczki kobieta, zatrzymuje samochód, pyta, czy trzeba w czymś pomóc, pociesza, że bruku są tylko dwa kilometry i da się jechać. Zbieram się w sobie i ruszam. Niestety muszę pchać rower, bo bruk jest zbyt wyboisty, a na poboczu zalega sypki żwir. Dopiero od szczytu wzniesienia mogę powoli jechać. Faktycznie po ok. 2 km dojeżdżam do skrzyżowania, od którego zaczyna się nieco dziurawy asfalt. Kolejne kilka kilometrów i wracam na starą trójkę. Uff... niestety znów straciłam pół godziny. Czas płynie, Przez głowę przelatują strzępki myśli, refleksy wspomnień, chwile zachwycenia i zamyślenia. Jasne lasy wołają: „choć na grzyby i jagody”, pola szumią dojrzewającymi zbożami, pobocza i skraje pól rozkwitają niezliczonym kwieciem, niosąc pamięć poprzednich zasiewów. Tu, gdzie teraz falują srebrzyste kłosy jęczmienia, poprzednio rósł rzepak, a poplonem była lucerna lub inne strączkowe, których pojedyncze egzemparze wzbogacają przydrożna florę.
Dojeżdżam do Świebodzina i tym razem udaje mi się bez przeszkód dojechać do fugury „Chrystusa blogosławiącego Tesco”. Mogę spojrzeć w oblicze tego przejawu megalomanii.
W planach miałam być w Zielonej Górze przez 17.00. I niby mieszczę się w czasie, bo o 17.10 mijam zieloną tablicę z nazwa miejscowości. Stoi ona jednak w szczerym polu, a potem jest jeszcze las, w którym robię kolejny postój- obiecałam dzwonić ok. 18.00 do Teściowej i Ślubnego.
Wreszcie jestem w ścislym centrum miasta. Marzyłam, by po prawie 30 latach zobaczyć zielonogorskie pasaże, które już wtedy zrobily na mnie niezatarte wrażenie. Teraz jadę zauroczona zaułkami, kawiarenkami, fontannami... planuję, że przyjadę tu wspólnie ze Ślubnym, by posiedzieć przy kawie w kawiarnianym ogródku, przejść się po mieście, pozachwycać. Przed wyjazdem martwiłam się, jak wyjadę z plątaniny miejskich dróg, okazuje się to jednak proste. Gdy zatrzymuję się na światłach, upewniam się jeszcze, czy dobrze jadę, zaczepiając napotkanego rowerzystę. Czekając na zielone, rozmawiamy przez chwilkę. I znów, jak przy wjeździe, dawno skończyły się miejskie zabudowania, a to dalej Zielona Góra, która kończy się chyba dopiero przd Książem Śląskim.
Kolejny postój zaplanowalam na stacji benzynowej w Borowinie za Kożuchowem. Jest prawie 21.00. Zamawiam kawę i hot doga- rozkładam się na kocu, bo część sklepowa stacji zamykana jest właśnie o 21.00. Dzwonię do Ślubnego. Teoretycznie do końca zostało mi jakieś 100 km., ale to najtrudniejsza setka- w zapadającym zmroku, w pagórkowatym terenie. Szanse na zmieszczenie się w planowanych 24 godzinach są iluzoryczne. Ślubny jednak twardo deklaruje, że czeka na mnie przy ognisku i w każdej chwili jest gotowy ściągnąć mnie z trasy, jeśli tylko wyrażę takie życzenie. Rozczula mnie tą swoją troską, ale jest mi go szkoda. Wiem, że się niepokoi, że z jego perspektywy moja eskapada wygląda zupełnie inaczej. To co dla mnie jest dobowa przygodą, dla niego jest dobowym niepokojem. Dobrze, że nie jest z tym sam, towarzysza mu przy ognisku znajomi, którzy już od kilku dni wypoczywają w Domku pod Orzechem.
Odpoczęłam, posiliłam się, mam dobry nastrój, ze zdziwieniem odkrywam, że nie odczuwam zmęczenia, a dzięki lemondkom nie bolą mnie plecy. Przywołuję wspomnienia sprzed dwóch lat, gdy za Kożuchowem byłam już tak zmarznięta i zmęczona, że bez szemrania zgodziłam się na zakończenie jazdy w Bolesławcu. Teraz czuję, że mogłabym jechać i jechać. Słońce zaszło, za to poprzez chmury prześwieca Księżyc, sprawiając, iz ciemności nie są jeszcze egipskie. Po reakcjach samochodów jadących z naprzeciwka wnioskuję, że oświetlona kilkoma różnymi lampkami jestem widoczna z daleka.
W Boleslawcu trochę kluczę, szukając wyjazdu na nieznaną mi drogę- ta, którą zazwyczaj jeździmy jest w remoncie, na objeździe stan asfaltu woła o pomstę do nieba. Decyduję się więc na trasę alternatywną. Teoretycznie skracam sobie droge, jednak trzeba pamiętać, że wjechałam już na Pogórze Izerskie. Góra- dół, góra- dół. Podejrzewam, że trasa jest niezwykle malownicza, wije się po pagórkach, mija kolejne niewielkie wioseczki. tylko, że ja niewiele z tego widzę w pełnej nocy. Znów świecą w lesie niezliczone ilości zwierzęcych oczu. Na pewno płoszę borsuka, bo jego kształt dobrze widzę w świetle przydrożnej latarni, w wioskach witają mnie szczekające psy, które ujadają jeszcze długo po tym, jak opuszczam sioło.
Jadąc drogą, której nie znam, tracę orientację, mam wrażenie, że trafiłam w pętlę czasoprzestrzenną, że licznik kilometrów się zatrzymał, tylko czas biegnie do przodu. Gdy uświadamiam sobie, że ostatnie 15 km jechałam ponad godzinę (podjazd 10 km/h, a zjazd niewiele więcej, bo w ciemnościach nie widać zakrętów, nie wiadomo też kiedy jakiś zwierz wyskoczy na drogę i czy nie ma na środku jezdni jakieś dziury) dzwonię do Ślubnego. Chcę mu powiedzieć, żeby poszedl spać, bo w sumie zostało mi jeszcze 30 km, ale pojade je 2 godziny. Nie zdażyłam, bo usłyszałam tylko, spotkamy się w Gryfowie. Nie protestuję. To, co chciałam osiągnąć, osiągnęłam- licznik wskazuje ponad 400 km, a to był mój nadrzędny cel. Gdy zatrzymuję się na parkingu przed Biedronką w Gryfowie, licznik wskazuje 430 km i 22 godziny jazdy. Czuję się spełniona i szczęśliwa. Pakujemy rower do samochodu i kilka minut później siedzę już przy dogasajacym ognisku z szklanką coli (od Klasyku Radkowskiego zaczęłam doceniać jej walory) oraz kiełbaska nabita na kij.
P.S. Z trasy nakręciłam kilka godzin filmu, jednak obróbka trochę potrwa, więc relację filmową będzie można obejrzeć dopiero w sierpniu.



10 komentarzy:

Aleksandra pisze...

No do tej pory podziwiałam Ciebie spokojnie. A teraz mi "szczęka opadła" toż to wyczyn nie lada, tak samej jechać tyle kilometrów. Jestem pod wielkim wrażeniem. Och gdyby tak połowę mniej lat na karku też bym tak próbowała spędzać czas.

Krys Tek pisze...

No to zaszalałaś ;) Podziwiam i oczywiście gratuluję wyczynu. Najważniejsze to spełniać marzenia :)

gwiezdna pisze...

po raz kolejny moje gratulacje!!! pozdrawiam :)

Maria Najdowska pisze...

Aniu jesteś niesamowita. :)

Sol (Blog Włóczykijów) pisze...

Oj, szczerze zazdroszczę tych rowerowych przygód... Sama jeździłam ostatnio na rowerze już blisko ze 4 lata temu, jeszcze przed pierwszym porodem. Od tamtej pory nie było czasu. A teraz szykuje się drugi i znów nie mogę. Nie wiem, kiedy znów wsiądę na rower, ale bardzo mi go brakuje...

Krzysztof Gdula pisze...

Anno, gratuluję. Jazda boczną drogą na pogórzu, w nocy, nie jest bezpieczna, więc dobrze, że jechałaś powoli. Może są dobre, mocne reflektory na rowery? Na taką trasę przydałby się bardzo.
Chrystus błogosławi Tesco? Matko Boska, do czego to doszło… :-)
Widziałem to coś, tę figurę, jest wyjątkowo paskudnym przejawem megalomanii.
Zielona Góra jest taka ładna? Chyba powinienem ją odwiedzić, nie mam daleko.

Jan Łęcki pisze...

Kopara mi opadła. Wyczyn cudo, opis miodzio. Ty na zdjęciu, w promykach, wyglądzasz jak jakaś święta. Takiej chyba w panteonie jeszcze nie ma.
Chrystus błogosławi Tesco? Tam można robić zakupy w niedzielę nie popełniając drzechu...

Anna Kruczkowska pisze...

Aleksandro, to jest niesamowita przygoda, a wiek jest sprawa drugorzędną! Moja koleżanka liczy sobie ponad 60 wiosen i przejechała BBT, czyli 1008 km nonstop.
Krys Tek, tak, najwazniejsze spęłniać marzenia.
Gwiezdna, dziękuję.
Mario, przecież wiesz :)
Sol, Jak tylko Maleństwo lekko podrośnie, szykujcie przyczepkę do roweru i w trasę!
Krzysiu, też nie mogłam uwierzyć, że ustawili ten posąg tak niefortunnie, na wprost TESCO. Odwiedź Zielona Górę, ja jestem zakochana!
Jasiu, zdjęcie wyszło kosmiczne, fakt ;) Dzięki za uznanie :)

Kamil Biskupski pisze...

Piękny dystans, szacunek tym większy, że pokonany samotnie. Mi osobiście w tym w sobotę udało się dobić do 371 km (na maratonie Tour de Silesia), ale jechałem z trzema innymi osobami, co ułatwia sprawę. Mimo tego do dzisiaj jestem padnięty ;) Pozdrawiam!

Anna Kruczkowska pisze...

Kamilu, dziękuję za uznanie. Owa samotność była główną ideą wyjazdu. Zupełnie inaczej jedzie się ultramaraton, gdy to organizator dba o trasę, bufety, a do tego masz towarzystwo i możliwość jazdy po zmianach. Nie mniej każda trasa powyżej 200 km jest już nie lada wyczynem. Tour dr Silesia chyba daje popalić, bo to przecież pagórkowaty teren ( kilka lat temu jechałam Maraton Sokoła w Radlinie.