środa, 15 stycznia 2014

Skandynawskie klimaty w zimowe wieczory czyli "Północna droga" E. Cherezińskiej

Zimowe wieczory sprzyjają czytaniu. Truizm, prawda? Przecież każdy wie, że długie wieczory sprzyjają zaleganiu na kanapie z książką (bądź przed telewizorem, z Internetem jest chyba trochę inaczej, bo internetowców pogoda niewiele obchodzi)
Wracam jednak do czytania. Rok temu zimą czytałam literaturę skandynawską, o czym tu. W tym roku przełom grudnia i stycznia także spędziłam odpływając łodziami wikingów na daleką Północ. A wszystko przez Chudą. Bo przecież to dzięki nie przeczytałam pierwszą książkę Elżbiety Cherezińskiej „Korona lodu i krwi”, o której potem debatowałyśmy godzinami, leżąc w moim łóżku lub dłubiąc robótki ręczne (tu). „Korona” wzbudza w nas mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawy pomysł i dobra narracja (zazwyczaj), z drugiej irytujące śmiesznostki w postaci lewitujących świętych. Część postaci tętni życiem, inne są denerwująco papierowe. Początkowo myślałam, że na „Koronie” moja przygoda z Cherezińską się skończy, jednak wymiana pogladów z blogerkami uświadomiła mi, że może warto dać pisarce drugą szansę.




Przed świętami zasiadłam do „Północnej drogi” i… no właśnie… odpłynęłam w świat nordyckich bogów, głębokich fiordów, wzburzonych morskich fal, a także w świat miłości, przyjaźni, intryg.
Na sagę składają się 4 tomy. Każdy inny, z zupełnie inną narracją, poglądami, perspektywą.  Cherezińska zastosowała ciekawy zabieg pokazania tych samych wydarzeń- powstawania państwowości i budzenia się świadomości narodowej Norwegów w X w z perspektywy 6 różnych postaci. Dwa pierwsze tomy mają żeńską narrację- Sigrun jest żoną jarla. Ma wszystko, co tylko może być potrzebne kobiecie do szczęścia- kochającego, bogatego męża, dwoje pięknych i mądrych dzieci, szacunek poddanych. To kobieta spełniona. 


Halderd- narratorka drugiego tomu do wszystkiego musi dojść sama. Wychodzi z ubóstwa, w które rodzinę wpędził brat bohaterki jednym niezrozumiałym czynem. Dzięki małżeństwu z jarlem zyskuje majątek i to, o czym marzy przede wszystkim- władzę. Halderd ma się o kogo martwić i troszczyć- los obdarzył ją sześcioma synami. Marzy, by jej ulubiony najmłodszy syn objął władzę na Północy. Ta część sagi ma chyba najbardziej wartką akcję, a postaci są najbardziej wyraziste.




Kolejny tom ukazuje nam Einara- syna wieszcza, który zapowiedział koniec starego świata i wróżbę tę przypłacił życiem. Wróżba ta ukształtowała też losy Einara, którego powołaniem stało się głoszenie wiary w nowego Boga. W „Pasji według Einara” Cherezińska ciekawie pokazała kościół w X wieku z jego wynaturzeniem i niejednorodnością.


O ile w trzech pierwszych tomach pisarka starała się trzymać realności (bogowie nie schodzili do ludzi, a wróżbici byli wiarygodni), o tyle w ostatnim tomie popuściła wodze fantazji i do głosu dopuściła nie tylko troje młodych bohaterów- dwoje dzieci Sigrun: Bjorna i Gudrun i najmłodszego syna Halderd- Ragnara, ale także nordyckich bogów. Nadal jednak mityczna fantastyka nie zaburza obrazu całości.
Gdy bohaterowie odpływają w pogoni za swoim marzeniem, ja mam żal, że to  już koniec powieści.
Skandynawskie lasy powoli przestają mi szumieć w uszach, nie odbija się w nich także echo morskich fal uderzających o skaliste wybrzeże, więc czas sięgnąć po kolejną książkę Olgi Tokarczuk. Przede mną „Gra na wielu bębenkach”.


2 komentarze:

Karolina W pisze...

Ciekawa saga. Ale chyba bliżej mi do Tokarczuk. Pozdrawiam

Ruda pisze...

Mnie potrzebna była literatura lekka, ale nie infantylna i Cherezińska idealnie trafiła w moje zapotrzebowanie. A Tokarczuk.... Tokarczuk jest dobra na wszystko.